Historia strajku na KWK "Anna" w grudniu 1981 r.

                                           Załoga na kolanach

             W nocy z 12 na 13 grudnia 1981 roku, w Polsce został wprowadzony, przez tzw. Wojskową Radę Ocalenia Narodowego, stan wojenny. Ten dekret wywołał falę protestów   w całym kraju. W poniedziałek 14 grudnia 1981 roku, załoga kopalni „Anna” nie podjęła pracy, a od drugiej zmiany, we wtorek 15 grudnia, rozpoczął się strajk okupacyjny na dole pszowskiej kopalni. Dyrekcja KWK „Anna”, szacunkowo oceniła, że do strajku przystąpiło około 2000 pracowników dołowych.

           Strajk okupacyjny trwał 6 dni, do niedzieli 20 grudnia. Z dnia na dzień, kruszyła się liczba strajkujących górników. Kiedy zdecydowano się na zakończenie strajku, na dole pozostało 99 osób.

           20 grudnia, o godzinie 17.15 ostatnia grupa wyjechała na powierzchnię i najpierw udała się do cechowni by podziękować Świętej Barbarze za opiekę i odśpiewała pieśń „Boże coś Polskę”. Później poszli się na plac kościelny, gdzie wspólnie ks. proboszczem Stanisławem Holoną odmówli modlitwę i po pożegnaniu rozeszli się do domów.

           Następnego dnia, w poniedziałek 21 grudnia, zaczęto od szóstej rano zwozić strajkujących na przesłuchania na Komendę Miejską Milicji Obywatelskiej do Wodzisławia Śl - Jedłownika. Przesłuchania trwały kilka dni, a triumfujący SB-ecy i milicjanci, nierzetelnie, samowolnie spisywali z nich protokoły, które nie zgadzały się z relacjami strajkujących. Ponadto, po przesłuchaniu, w wielu wypadkach, nie dawano im do przeczytania protokołów, by mogli wprowadzić ewentualne poprawki. Tego samego dnia, zaraz z rana, Kazimierz Górny i Konrad Hajduczek zostali internowani w ośrodku odosobnienia w Raciborzu /KARA/. Następnego dnia przedstawiono obojgu akt oskarżenia zarzucający im zorganizowanie strajku na KWK „Anna” , wydano nakaz aresztowania i osadzono w gliwickim Zakładzie Karnym. Postanowienie o tymczasowym aresztowaniu, wydał kpt. Józef Lebiocki – podprokurator Wojskowej Prokuratury Garnizonowej w Gliwicach. Górny został oskarżony o popełnienie przestępstwa przewidzianego w art. 46 ust. 1 i 2 Dekretu z 12.12.81 r. o stanie wojennym. W uzasadnieniu postanowienia wpisano, że pomimo zawieszenia działalności ZZ „Solidarność” , nie odstąpił od udziału w jego działalności poprzez organizowanie, a następnie kierowanie akcją strajkową na KWK „Anna”, w Wodzisławiu Śl. - Pszowie.

           Postępowanie przeciwko oskarżonym, Górnemu i Hajduczkowi rozpoczęło się 18.01.1982 r. W skład sądu weszli: przewodniczący: sędzia mjr Janusz Godyń, sędzia ppor. Marek Michniewski, sędzia ppor. Aleksy Kulka. Prokurator wojskowy por. Karol Koch.

Już na wstępie trzeba zaznaczyć, że przewodniczący Janusz Godyń „wyróżniał” się wśród innych sędziów. Był współpracownikiem wojskowych służb specjalnych, a także dyspozycyjnym sędzią skazującym opozycjonistów w stanie wojennym. Jego znakiem rozpoznawczym była kara 1 roku i 6 miesięcy za działalność „antypaństwową”, czyli wymierzoną w wojskową dyktaturę Wojciecha Jaruzelskiego. W spisie znajdującym się na stronie Instytutu Pamięci Narodowej, możemy przeczytać o kilkunastu sprawach prowadzonych przez Godynia tuż po wprowadzeniu stanu wojennego. Godyń był niezwykle sprawnym egzekutorem władzy ludowej.

               Kazimierz Górny wspomniał te chwile: - Wtedy powoli traciłem nadzieję, w najczarniejszych myślach, widziałem siebie przez następne 2-3 lata za kratkami...

               Na świadków w procesie zostali powołani uczestnicy strajku: Janusz Miczek, Tadeusz Budny, Janusz Lazar, Jan Grzegorzek, Erwin Salenga, Eugeniusz Strof, Józef Jęczmionka, Marian Dzierżawa, Jerzy Śnieżek, Jan Achtelik, Jan Plewa, Jan Jambor. Ponadto: Leonard Kempny i Stanisław Krakowczyk, którzy jednak tego dnia nie się stawili. Przewód sądowy, po udzieleniu odpowiedzi świadków i oskarżonych na pytania prokuratora i obrońców, został przerwany w celu wezwania na rozprawę następnych świadków. Druga część procesu rozpoczęła się 20.01.1982 r., o godz. 9.00, a jako świadkowie zostali wezwani: Hildegarda Sekuła, Leonard Kempny, Stanisław Krakowczyk, Eugeniusz Porwolik i Franciszek Koźmicki.

Tak pierwszego i jak i drugiego dnia procesu, wszyscy świadkowie na pytanie sądu, czy Kazimierz Górny był przywódcą strajku, jednolicie odpowiedzieli, że nie. Z jednym wyjątkiem. Leonard Kempny twierdził, że tak było. Na pytanie sądu, na jakiej podstawie ten fakt utrzymuje, zeznał „że tak mu donoszono”. Po ponownym pytaniu, czy osobiście w okresie strajku rozmawiał z oskarżonym Kazimierzem Górnym, zaprzeczył, podkreślając ponownie, że tak słyszał od pracowników dozoru kopalni. W tym momencie sędzia Godyń stwierdził, że donosy, to nie są dowody i przywołał Kempnego do porządku, przypominając mu, że tutaj jest on świadkiem, a nie dyrektorem.

        Dodać również należy, iż pozostali świadkowie zawnioskowani w akcie do oskarżenia (nie byli obecni na procesie, jedynie odczytano ich zeznania): W. Petkowski, Cz. Polok, E. Jendrysik, R. Rolnik, P. Jendrysik, Z. Gajda, A. Filipiak, J. Jońca, G. Godoj, R. Sobol, A. Budek, St. Sokół, Cz. Myśliwiec, P. Skirliński, A. Szklarz, T. Pańko, Z. Wieczorek, W. Batko, którzy brali udział w akcji strajkowej w podziemiach kopalni, także nie wskazali na oskarżonych jako organizatorów, względnie kierowników strajku. Kiedy przewodniczący sądu ogłosił zamknięcie przewodu sądowego i udzielił głosu stronom, usłyszano trzy wnioski o umorzenie postępowania w stosunku do obu oskarżonych – nie tylko obrońców, ale i prokuratora Karola Kocha. Rozprawę zakończono 20 stycznia 81 r. o godzinie 15.00 umorzeniem postępowania w stosunku do oskarżonych i zarządzeniem niezwłocznego zwolnienia ich z aresztu.

       Obrońcą Konrada Hajduczka był adwokat Robert Rudniewski, a Kazimierza Górnego mecenas Stanisław Sadliński, w tym czasie 75-letni adwokat z Gliwic. Po uniewinnieniu obu oskarżonych Maria Górny gorąco dziękowała adwokatowi za jego zaangażowanie, pytając zarazem w jaki sposób mogliby się odwdzięczyć, kiedy Stanisław Sadliński odpowiedział – W mojej karierze adwokackiej, po raz pierwszy spotkałem się z tak nieugiętą solidarną postawą świadków i faktem, że to sam prokurator wnioskował o umorzenie sprawy. Chwilę później na schodach Maria Górny trafiła przypadkowo na prokuratora w tym procesie – Karola Kocha i jemu też podziękowała za umorzenie sprawy, ale on wtedy tylko sucho zreplikował: - Tylko teraz nie wiem, co mnie czeka i gdzie wyląduję.

Mecenas Sadliński nie doczekał zmiany systemu w Polsce, zmarł w 1984 roku.

          Kazimierz Górny dodał: - Mecenasa Sadlińskiego zobaczyłem pierwszy raz, dopiero na sali sądowej, w momencie otwarcia procesu. Parę dni przed rozprawą wojskowy przedstawiciel poinformował mnie, że przysługuje mi obrońca i polecił mi kogoś, którego nazwiska już nie pamiętam. Adwokat na procesie się nie zjawił i dopiero później dowiedziałem się, że ten adwokat wprawdzie otrzymał zawiadomienie i moje powołanie go jako obrońcę, ale 2 dni po rozprawie!

          Maria i Kazimierz Górny zostali pozostawieni samym sobie, tzn. wielu z pracujących na kopalni znajomych, raptownie zmieniło podejście do nich. Taki skrajny przypadek zdarzył się zaraz po strajku, kiedy Maria Górny poszła odebrać kartki na żywność, a kierownik Działu Socjalnego – Kazmierz Komarek, odmówił jej ich wydania. Rozeźlona Maria, poszła z zażaleniem, bezpośrednio do Komisarza Wojskowego. Major Łukasik wysłuchał skargi, zapisał coś na kartce i poprosił, by udała się z powrotem do biura Działu Socjalnego. Kazimierz Komarek, po przeczytaniu zapisku zbladł i bez słowa, naprędce wydał żywnościowe kartki.

        Po powrocie do domu, Górny i Hajduczek, nie zostali zdjęci z listy obserwowanych przez SB. Najbardziej aktywnymi tajnymi współpracownikami SB, byli w tym czasie kryjący się pod pseudonimami „Borek” i „Kordian” - dwaj mieszkańcy Pszowa. Obecnie jesteśmy w posiadaniu tajnych donosów z lat stanu wojennego, które kilkanaście lat później udostępnił Instytut Pamięci Narodowej. Dla przykładu czytamy w jednej z informacji z dnia 08.04.1982 r. tajniaka o ps. „Borek”: … na oddziale pyłowym KWK Anna uzyskałem informację, że na kopalni istnieje komitet pomocy materialnej dla Górnego i Hajduczka. Inspiratorem akcji jest ob. Parys ze Studziennej. W ramach tej akcji dokonuje się zbiórki pieniędzy, które są przekazywane w/w. Ponadto ob. Parys załatwia pomoc w postaci paczek od księży.

        Obaj tajniacy, obficie przekazywali także regularne wiadomości na temat poczynań Eugeniusza Hajduczka, Mariana Dzierżawy i Franciszka Koźmickiego.

Mieszkanie Górnych było często świadkiem „odwiedzin” agentów Słuby Bezpieczeństwa, a sam Kazimierz przetrzymywany wielokrotnie przez Milicję Obywatelską na 24 godziny w okresie przeróżnych państwowych świąt, ale też i bez jakichkolwiek podstaw. Pewnego dnia, agenci SB przyszli na kontrolę do mieszkania Górnych i ujrzeli ogromny banner z napisem „Solidarność” zawieszony na ścianie pokoju gościnnego. Maria Górny zorientowała się w kłopotliwej sytuacji i instynktownie, ale bystro oświadczyła: - Przecież „Solidarność” jest w Polsce zawieszona!

Maria Górny przywołała tamte czasy: - Któregoś dnia, pani Sala mieszkająca na parterze naszego bloku, została namawiana, do obserwowania terenu widocznego z jej okna i notowania, kto odwiedza rodzinę Górnych. Zażenowana, ale i wzburzona przyszła mnie o tym wypadku powiadomić i zakomunikować, że przenigdy by się takiej podłej rzeczy nie podjęła.

         Natomiast sąsiad o nazwisku Skóra, podjął się podsłuchiwania Górnych, przypuszczając że drukują oni ulotki, bo on słyszy podejrzane, jednostajne stukanie. Polecono mu wchodzić w łazience na deskę sedesu, bo tam lepiej słychać i bacznie nasłuchiwać. Rzeczywiście, wtedy doszedł go jeszcze wyraźniejszy podejrzany turkot. Nie mylił się. Poza tym, że to Maria Górny zajmowała się wtedy... obrabianiem materiałów na swej maszynie do szycia.

         Sąsiadów Górnych, do takich działań namawiał Zygmunt Kubik, znany i ogólnie poważany działacz sportowy KS Górnik Pszów. O tym incydencie powiadomił Górnych, na zatajonym spotkaniu Alfred Baron, były komendat ORMO w Pszowie, przestrzegając ich przed tymi osobnikami.

Donosicieli w Pszowie było jednak wielu więcej. Tajne akta operacji o kryptonimie „Góral”, która miała za zadanie indywidualną obserwację Kazimierza Górnego, dowodzą, że kontrola dotyczyła nawet prywatnej i urzędowej korespondencji. Np. w tajnej notatce służbowej z dnia 30.10.1983 r. czytamy, że informator o inicjałach „WP” donosi: Kazimierz Górny otrzymał list z RFN od Konrada Hajduczka. W liście tym Hajduczek opisuje swoje wrażenia po przyjeździe do RFN-u. Stara się zachęcić Górnego do przyspieszenia swojej decyzji w sprawie wyjazdu z rodziną do RFN.

Inny z pszowskich donosicieli, o inicjałach „AZ” wysłał w dniu 06.12.1982 r. notatkę o uczestnictwie w dniu 4 grudnia, rodziny Górny na mszy z okazji „Barbórki”, w pszowskim kościele, informując, że popularność Kazimierza spadła, bowiem nikt po mszy się do nie go zwracał, a to za sprawą, że dowiedzieli się o planach jego wyjazdu do RFN, oraz tego, że pomimo, że nie pracuje zawodowo, dobrze mu się powodzi.

Nawet po wyjeździe Górnych z Pszowa do Niemiec, SB otrzymało wiadomość, że rodzina przebywa w budynku dla przesiedleńców w Krefeld (na ulicy) Neuer Weg.

      Kazimierz Górny został dyscyplinarnie zwolniony z pszowskiej kopalni zaraz drugiego dnia strajku. Po uniewinnieniu i wyjściu na wolność, został zmuszony szukać pracy. Pisał podanie za podaniem o przyjęcie do pracy i każdorazowo otrzymywał odpowiedzi odmowne. Przeprowadził rozmowę z komisarzem wojskowym na „Annie”, który zapewnił Górnego, że on nie ma nic przeciwko, by powrócił do pracy na pszowską kopalnię. Górny udał się wprost do dyrektora naczelnego KWK „Anna”, z podaniem o przyjęcie do pracy, sugerując, że podejmie się każdej roboty, która mu zostanie przydzielona. Dyrektor Leonard Kempny odpowiedział wtenczas: - Dopóki ja będę tutaj dyrektorem, pana na kopalnię nie przyjmę. Teraz mam załogę na kolanach, a pana pojawienie się spowoduje, że znowu robotnicy podniosą się z nich.

         Następnie Górny dostał wypowiedzenie mieszkania zakładowego, podpisane przez dyr. Krawczyka, ale na wyraźne polecenia dyrektora naczelnego Leonarda Kempnego.

        Górny spróbował zatrudnić się na Zakładzie Elektroniki Górniczej przy obecnej ul. Traugutta, ale kierownik zakładu musiał odmówić, informując (poufnie) Górnego, że jemu nie wolno przyjąć do pracy człowieka „z takim numerem”. To oznaczało, że Górny otrzymał tzw „wilczy bilet” i nie miał szans na pracę w państwowych zakładach. Pozostał mu sektor prywatny. Z kilkoma innymi młodymi górnikami, którzy zostali zwolnieni z KWK „Anna”, za udział w strajku, udało mu się dostać robotę w firmie budowlanej produkującej betonowe pokrywy kanalizacyjne. Któregoś dnia w czasie pracy przechodził ulicą komendat milicji z Jedłownika i dostrzegł Górnego przy tym zajęciu. Zaraz następnego dnia, Górny został wezwany do szefa firmy, który wypowiedział mu pracę, motywując tą decyzję, że on nie nadaje się do niej, bowiem jest ona dla niego za uciążliwa.

          I wtedy z pomocą rodzinie Górny, przyszli Janina i Mikołaj Siodmok oraz Stefania i Gerhard Materowie z Pszowskich Dołów. Zaproponowali Kazikowi pośrednictwo w handlu i sprzedaży kwiatów, co pozwoliło Górnym na prostą egzystencję, ale jednocześnie odwlekało w czasie decyzję na wyjazd za granicę. Do tego praca była „na czarno”, czyli bez ubezpieczenia, a tym samym bez wkładów do późniejszej emerytury. A jako, że Górny musiał kwiaty do Pszowa przywozić aż z Łodzi, potrzebował do tego własnego samochodu. A w tym czasie benzyna była racjonowana.

         Górnemu jednak, jako bezrobotnemu nie należały się ani kartki na benzynę, ani kartki żywnościowe. Ale i w tych wypadkach znaleźli się pomocni. Pracujący na stacji benzynowej Pawlas z Lubomii i Wojtek Szulc z Rydułtów organizowali dla niego paliwo, a kartki na żywność dostarczało wiele osób z kręgu przyjaciół, znajomych, sąsiadów czy po prostu chętnych pomocy szykanowanemu. W ten sposób mógł samodzielnie zarabiać na utrzymanie rodziny. Ten czas, pracy na czarno i oczekiwania na pomoc skądkolwiek, był bezspornie, wyłącznie wegetacją. W ten sposób na dłuższy okres, było niemożliwością żyć. Powrócił alternatywny temat emigracji.

Konrad Hajduczek, który także został dyscyplinarnie zwolniony z „Anny”, złożył wniosek o wyjazd do Republiki Federalnej Niemiec i po otrzymaniu zgody wyemigrował z Polski w połowie 1983 roku. Maria i Kazik Górny wstrzymywali się z tym krokiem. Uważali, że opuszczenie stron rodzinnych to krok ostateczny, jak sami to określili – decyzja życia.

Górny zdecydował się jeszcze poszukać pomocy u komisarza wojskowego w Katowicach, więc wraz z kilkoma innymi młodymi represjonowanymi byłymi pracownikami kopalni, udał się na przełomową z nim rozmowę.

    Kazimierz Górny tak krótko opisał rozmowę z komisarzem w stopniu majora: - To była żywiołowa debata. Pułkownik krzyczał na cały głos, a ja mu nie odstępowałem, wrzeszcząc na całe gardło. Ale to był przyzwoity, uczciwy człowiek. W końcu wyklarował mi, że przywrócenie do pracy nie leży w jego kompetencjach, to jest w gestii dyrektora zakładu, ale nieco później – już w rozmowie w cztery oczy, wyjaśnił mi, że w Polsce pracy już nie dostanę i wtedy prawie, że po ojcowsku, dyskretnie, podpowiedział mi, że mam wraz z rodziną wyjechać z kraju. Na koniec uściskaliśmy się, a kiedy wyszedłem z jego biura, sekretarka powiedziała mi, że przypuszczała, że my z pułkownikiem się w gabinecie bijemy.

                Nie mając stałej pracy, mieszkania, ubezpieczenia, bez kartek na żywność, czyli absolutnego braku perspektyw na przyszłość, rodzina Górnych – córka Marcelina miała wtedy 15 lat, syn Mariusz 19 lat – zdecydowała jednogłośnie, opuścić Pszów i Polskę i rozpocząć nowe życie na obczyźnie, w Republice Federalnej Niemiec. Jednak i tą decyzję próbowano storpedować, by sponiewierać Górnych. Mariusz osiągnął wiek poborowego i zawiadomiono Górnych, że nie dostanie pozwolenia na wyjazd do Niemiec, dopóki nie odbędzie zasadniczej, dwuletniej służby wojskowej. Kazik Górny oznajmił wtedy, że bez syna nie wyjedzie i jeżeli Mariusz ma pozostać w Polsce, pozostanie też i reszta rodziny. Zezwolenie na wyjazd Mariusza do RFN zostało wydane błyskawicznie. Widocznie pozbycie się Kazimierza Górnego z Polski, było ważniejsze niż obrona granic PRL-u przez jego syna.

Maria i Kazimierz Górni, zdali mieszkanie na Osiedlu Grunwaldzkim, przy ul. Księcia Witolda 11 b /9 i 24 listopada 1983 roku wyjechali z Pszowa i zameldowali się w Krefeld (Westfalia-Płn. Nadrenia), gdzie mieszkają do dzisiejszego dnia.

Kazimierz Górny: - Chciałbym serdecznie podziękować, z całego serca wszystkim świadkom w procesie przeciwko mnie, którzy zostali wymienieni powyżej, ale także tym, których nazwiska wymknęły mi się z pamięci, za pozadyskusyjną solidarność z moją osobą w obronie przeciwko bezprawiu, narzuconego przez reżim komunistyczny. Chciałbym gorąco podziękować mojej żonie Marii, która była mi wytrwale podporą w tamtych arcytrudnych czasach, pomimo doznawanych nierzadko upokorzeń ze strony niektórych mieszkańców Pszowa i umiała z wysoko podniesioną głową im się przeciwstawić, broniąc z honorem całą naszą rodzinę. Jednocześnie chcę ujawnić dwa nazwiska konfidentów, albo może lepiej nazwać ich szpiclów, którzy pracując na naszej „Annie”, donosili Służbie Bezpieczeństwa, nie tylko na mnie, ale i na wielu innych przyzwoitych ludzi, tylko dlatego, że mieli oni własne zdanie i nie zgadzali się z realiami nałożonego systemu politycznego.

T.W. „Kordian” Nr Rej. 33237, elektryk, Józef Stępień

T.W. „Borek” Nr Rej. 33863, górnik, Franciszek Zielonka.

       

 

                 Kazimierz Górny,

       za wybitną działalność na rzecz niepodległości i suwerenności Polski oraz respektowania praw człowieka w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, został odznaczony Krzyżem Wolności i Solidarności, nadanym przez Prezydenta Polski.

Ceremonia uhonorowania odbyła się 21 lutego 2018 roku, w siedzibie polskiego Konsulatu Generalnego w Köln.

     Nr 244, Maj 2019

Sie haben einen Adblocker installiert. Diese Web App kann nur mit einem deaktivierten Adblocker korrekt angezeigt und konfiguriert werden.
DruckversionDruckversion | Sitemap
© Marian Eugen Hickel